Pojedynek Achillesa i Hektora

Postawiliśmy na niedoświadczonych, ale zdeterminowanych

Myśleliśmy, od kogo zacząć, komu będzie się chciało rozpocząć podróż w nieznane. Była jedna metoda, ale skuteczna tylko przy znajomości ludzkiej psychiki. Wiedziałem, gdzie uderzyć najpierw.

Rozpoznanie sytuacji i poszukiwanie srebra

Przyjaciół i kolegów można przekonywać, lecz każdy spotkał się z sytuacją, gdy mimo świetnego pomysłu, ktoś odmawiał ze względu na pracę, szkołę, rodzinę i inne obowiązki. Wyczuwałeś jednak, że gdyby kusić przysłowiowym cukierkiem, to człowiek znalazłby czas.

Co wiedzieliśmy? Były osoby, które po prostu chciały sobie pokopać w piłkę, jak Piotr Ślęczka czy Paweł Myszkowski. Natomiast trudno zebrać tych, z którymi nieraz spędzaliśmy więcej czasu „za młodu”. Sięgnąłem zatem po trik, który stosuje się w negocjacjach biznesowych lub politycznych. Mianowicie, czasem trzeba dać komuś sygnał, że skoro nie jest zdecydowany przyjąć naszej propozycji, to skierujemy się do kogoś innego. Sygnał ten musi być jednak lekki – po prostu przenosisz najpozytywniejsze emocje na inną osobę. Nie chodzi o to, byś się obrażał i to okazywał – po prostu Twój przyjaciel nie dostaje już konfiturek.

Dobrze, ale skoro nie możesz pozyskać kogoś z najbliższych Ci kręgów, to jak skutecznie przekonasz do tego innych, na których nie masz aż takiego wpływu? Zachęć ich dokładnie tym samym. Miłą wizją. Dodaj do tego jednak szczyptę czegoś tzw. profesjonalnego.

Nie do końca lubię używać tego ostatniego słowa, bo co ono tak naprawdę znaczy? Posiadanie licencji? Doświadczenie iluś lat w zawodzie? Ale ilu? Spokój przy robieniu pewnych rzeczy? A co, jeżeli ktoś robi to od wielu lat i ze spokojem, ale nie korzysta z nowych technologii, szeroko pojętych? Wtedy już nie jest profesjonalny czy dalej jest? To taka dygresja.

Zacznij od napalonych!

Powiedziałem zatem Filipowi Janowskiemu, że chcemy pokopać w sympatycznym gronie, ale chcemy też poćwiczyć coś więcej, wznieść się na nieco wyższy, „jak to mówią młodzi”, level. Dobrze, ale dlaczego akurat Filip? Dlatego, że posiadał jedną, kluczową cechę, o której nie powie Wam żaden pracownik marketingu lub PR-u, gdyż to jest dźwignią handlu – napalenie. Innymi słowy: chęć i fantazja (bez skojarzeń, błagam). To właśnie miał Filip. Lubi szukać wyzwań, robiąc to w swoim gronie. Do tego był nastolatkiem, a osoby od 14 do 16 r. życia włącznie są najbardziej aktywne, jest ich wszędzie pełno i mają niespożytą energię.

Filip od razu zapytał, czy może przyjść z kolegą, Bartkiem Gruszką. Fantastycznie, od razu było nas więcej. Pierwszy trening rozpoczęliśmy na… El Betoneiro. Zrobiliśmy kilka ćwiczeń na podawanie, drybling, strzały. Skorzystałem z własnych grzybków. Ćwiczenia miały być proste, ale sam widok grzybków od razu nadawał poczucia profesjonalności. Ktoś może się teraz śmiać, przeczytawszy to zdanie – powiedzcie mi jednak: jaka pierwsza myśl Wam przyjdzie, gdy po raz pierwszy widzicie, być może, trenera, kogoś, kto wyznacza boisko na pewne strefy? Czy w umyśle nie pojawia się od razu obraz szkółek i trenerów, którzy wyznaczali zadania i tłumaczyli z początku skomplikowane dla nas ćwiczenia?

Prosty trik z grzybkami był z jednej strony trikiem, z drugiej umożliwiał przećwiczenie indywidualnych umiejętności, których nie przećwiczysz samym tylko luźnym kopaniem. Dlaczego? Dlatego, że wtedy musisz tak ułożyć ciało, by zmieścić się jakby w konkretnych liniach. Aby nie było za łatwo i by pokazać, że tu robimy coś więcej i się rozwijamy, kazałem zawodnikom robić to w odpowiednim tempie i na końcu slalomu strzelać, po czym od razu przejmować odbitą lub podaną przez bramkarza piłkę i ruszać w drugą stronę również slalomem. Dopiero wtedy zawodnik łapał odpoczynek. Tak zaczęliśmy naszą przygodę w IKS-ie…

A teraz w formie powieściowej 😃

Ognie i gruszki

Dawni koledzy spędzili wiele dni i godzin na przeglądzie swych dziejów i rozpoznaniu sytuacji na frontach.

– Norbert, ale właściwie po co mielibyśmy zakładać ten klub? Przecież tu jest pustka, nikomu nie chce się już grać, a to wszystko i tak, jak zawsze nie wyjdzie, bo ludzie są tacy, że…

– Włączył Ci się już emeryt, rozumiem? – wędrowiec spojrzał na barona swym przeszywającym wzrokiem. Baron, dumą uniesiony, wstał z krzesła i rzekł:

– Oddalę się ku swym zajęciom, a Ty pokaż, jak to niby zrobisz…

Następny poranek upłynął na intensywnej pracy. Wokół gospody co rusz gromadzili się gapie, którzy po chwili rozmowy z Izydorem, otrzymywali list w rękę i biegli w nieznane.

Nie to jednak najbardziej zdziwiło barona Jakuba. Po kilku dniach do miasta przybyła cyrkowa karawana odziana w jodłowe gałązki. Wóz wjechał na plac, po czym z jego środka wyskoczył harcerz z zapałkami w rękach. Wywijał nimi niczym delfin pośród fal ku uciesze zgromadzonej gawiedzi. W pewnym momencie rodzice jednak odsunęli nieco dzieci, przerażeni jakby niekontrolowaną wielkością ognia.

– Proszę ja Ciebie, cóże Mocium Pan robisz?! – spytał poirytowany baron.

– A żem właśnie miał stanąć na głowie – to mój popisowy numer! Czekaj, zobacz Pan! – krzyknął cyrkowiec, po czym skoczył przez ogromne słupy ognia i wylądował z głową do góry nogami.

– Końćże Waść, wstydu oszczędź! – krzyknął wyraźnie poirytowany Jakub. Jednak tłum mieszkańców, zachwycony niecodziennymi pokazami, bił brawa i domagał się bisu. Gość już szykował się do żonglerki, podrzuciwszy palące się szyszki w górę, gdy wtem coś zaświszczało w powietrzu, a szyszki wleciały do pobliskiej kałuży.

– Ej, co jest? Kto się tak bawi? – zakrzyknął dziwnie rozbawiony akrobata. Z tłumu wyłonił się łucznik w długim, ciemnozielonym stroju.

– Tyś Filip de Janowski? – zapytał poważnym głosem, który zmroził zgromadzonych dookoła gapiów.

– Jam jest. A kimś Ty? – odrzekł z lekkim przerażeniem i swym dziwnym śmiechem w tej sytuacji, zobaczywszy łuk, którzy zestrzelił jego płonące szyszki… Łucznik zdecydował się do niego podejść, sunąc powolnymi krokami, gdy nagle gruszka wytrąciła mu broń z ręki.

– Nawet nie próbuj, Niegodziwcze! – krzyknęła niskiego wzrostu postać, wyłoniwszy się zza cyrkowego wozu.

– Bartolomeo! Oto wielki ratunek na miarę Wielkiego Filipa! – zakrzyknął z pastiszem Janowski, gestykulując radośnie, nieomal w tanecznym ruchu.

– Mam dość tego cyrku. Idę se obejrzeć sportowe wiadomości, przynajmniej to ma jakiś sens, proszę ja Ciebie – rzekł baron, po czym tupnął nogą i obróciwszy się na pięcie, zanurzył się z powrotem w swej gospodzie, kiwając głową z miną pełną zażenowania wobec poczynań zebranych na miejskim placu. Bohaterowie przez chwilę patrzyli znieruchomiali. Po czym wrócili do swych czynności, jak gdyby nigdy nic. Janowski wyciągnął harcerski scyzoryk.

– Haha, mamy Cię! Poddaj się!

– Świetny rym! – pokiwał głową z uznaniem jego kompan.

– Dzięki, Bartek!

Izydor złapał się za głowę.

– Co, coś Ci się nie podoba? – zapytał kolega Filipa. Na tę groźbę Norbert wyciągnął dwie szable, obracając nimi kilka razy. Goście miasta nieco osłupieli. Tłum gapiów jeszcze bardziej wytrzeszczył oczy. Mimo zagrożenia, wszyscy byli tylko bardziej podjarani. Po jednej stronie pewien osobnik w długim płaszczu z kapturem nagle wyjął leżak i usiadł na fragmencie obecnego miejskiego ringu. Wziął do dłoni popcorn i lemoniadę. Po drugiej zaś stronie umięśniony mieszkaniec oparł się o jakąś beczkę i uważnie przyglądał nadchodzącemu pojedynkowi. Bohaterowie zgłupieli jeszcze bardziej.

– No, zaczynajcie – odezwał się pierwszy. Wojownicy popatrzyli się po sobie, wzdrygnęli ramionami i ułożyli się do walki. Pierwszy zaatakował Bartek, strzelając gruszkami jak z karabinu. Część z nich została jednak rozerwana przez ostrza Izydora, części uniknął niczym baletmistrz.

-Ha, zobaczymy, jak sobie z tym poradzisz! – zawołał Janowski, po czym buchnął ogniem z zapalniczki. Wszyscy zamarli z przerażenia, dookoła powstał dym. Sam Filip, widocznie zdziwiony efektem własnej broni, zaczął kasłać, zaś jego kompan przecierać łzawiące z dymu oczy. Gdy kurz opadł, widok był przerażający – na ziemi pozostał tylko spalony płaszcz.

– O nie, ja chyba kogoś zabiłem… – wykrztusił przerażony Filip. Bojownicy zbliżyli się do miejsca, gdy nagle jakieś ostrze przeszyło powietrze, a jego siła i szybkość tak uderzyły w gruszkowy pancerz na plecach Bartka, że przesunęły go o kilka metrów i zatrzymały w beczce koło stojącego mięśniaka. Zanim drugi z bohaterów zorientował się, co się dzieje, coś rozrzuciło trzymaną przez niego zapalniczkę na dwie strony świata, a pod jego szyją znalazło się naostrzone narzędzie.

– Koniec przedstawienia – wyszeptał łucznik.

– Ale mogłeś go zaskoczyć przy 3/4 zagęszczenia i obrócić szablę o kąt alfa przy użyciu stereoskopowego nachylenia – odpowiedział mu siedzący na leżaku gap. Izydor ze zdziwieniem obrócił wzrok w jego stronę…

Poprzedni odcinek:

Leave a Reply