Obrazek do pierwszego odcinka. Aragorn siedzący w kapturze w Karczmie pod Rozbrykanym Kucykiem

Piłka ugrzęzła w betonie, więc postanowiliśmy ją wykopać

Zdecydowałem, że uchylę rąbka tajemnicy z tego, co działo się przez te 11 miesięcy. Powiem o czymś, w co wepchnąłem ponad 50-tkę ludzi, którzy zdecydowali się przepłynąć Wisłę, pokonać tysiące wojów z Rękawki i wejść na Skałki przez podwodne jaskinie. Prawie… 😉

Łapanie komarów

Po perypetiach nieomal na drugim krańcu Polski, jakim były moje trenersko-fotograficzno-komentatorskie przygody w Płocku, działo się ze mną coś dziwnego. Właściwie nie wiedziałem, czy jestem zmobilizowany czy zgaszony. Dać sobie spokój z trenowaniem piłkarzy, czy spróbować na nowo po dotkliwej porażce?

Znowu uczestniczyłem w rytuale strzelania do komarów na orliku przy ul. Strąkowej 3A. Stadion Pokoleń… Niegdyś potężny, żywy, z radosnymi okrzykami przychodzących na niego paczek przyjaciół. Teraz jakby umierał. Niekiedy prawie nikt nie przychodził, mimo że wszyscy myśleli o kolejnej piknikowej fecie na bazie ustrzelonych piłką gołębi.

Powiew wiatru na betonowych polach

Doszedłem do wniosku, że chcę czegoś więcej. Skoro było tak mało ludzi, dobrym pomysłem było ćwiczenie czegoś wyjątkowego. Czegoś, co nadałoby naszemu piłkarskiemu poklepywaniu jakiś sens…

Stadion Pokoleń nie zawsze był otwarty. Zrobiłem coś wbrew sobie i zgadałem się z kolegą na gierkę na El Betoneiro, czyli boisku leżącym przy stadninie, z którego korzysta mnóstwo dzieci i z niewiadomych powodów jest… betonowe. Wokół dzika przyroda, kolorowe osiedle z radosnymi okrzykami i nowoczesne centra sport, a tu… beton. Nieważne.

Rozmawiam z kolegą Kubą Koniecznym o ostatnim Euro, dyskutujemy o rozwiązaniach taktycznych, tematy lokalnych klubów itp. Przypominamy sobie stare dzieje, gdy było z kim grać. Nagle, ni stąd, ni zowąd, do głowy wpada mi pomysł, by założyć klub. Kuba odpowiada na to z entuzjazmem, rozmarzony. Przez kilka dni ni to mówimy w żarcie, ni to na poważnie. W końcu mój stary kolega orientuje się, że jeśli Norbert o czymś ciągle myśli, to… serio o tym myśli. Zaczyna go to przerażać. Pyta, na ile by miało to sens. Wskazuje, jak trudno jest teraz zebrać ludzi. Mówię, że właśnie dlatego może dobrze byłoby poćwiczyć sobie coś wyżej w wąskim gronie. Jednak wbrew pozorom to ja jestem bardziej rozchwiany. Sonduję Kubę, samemu ukrywając pod maską beztroski różne obawy. W końcu mówię: zakładam klub. Bez względu na to, ile osób w nim będzie. Bez względu na to, czy będę sobie w nim sam. Kuba decyduje się dołączyć. Tworzymy coś oryginalnego na tej betonowej wyspie pośród dzikich pól dookoła…

A teraz coś „ekstra”, czyli wersja opowieściowa 😉

Z pustyni na skałę

Ogniste smugi unosiły się nad miastem, które wciąż nie dawało się wepchnąć w objęcia snu. Jego umysły wciąż migotały, choć z trudem przebijały się szarą codzienność. Lokalny baron Jakub postanowił wyruszyć na przechadzkę, nie mogąc znieść wieści, jakie kolejny raz przyniósł goniec z Komarchowa. Przygnębiające myśli nie pozwalały uciec ku gwiazdom, na których znajdowały się jego marzenia już od dzieciństwa.

Betonaurium było jednak dziwną miejscowością. Mimo pięknych pól i wspaniałych domów, bruki ich rynków nie mogły przynieść przyjemności z uprawiania handlu. Miasto to pozwalało na rozwój tylko tym, którzy byli zrzeszeni w karcianych gildiach. Placówki jednak, w których się szkolili, nie pozwalały wytrenować bardziej licznej armii, która wyruszyłaby ku większym, fantastycznym przygodom.

Zamyślony i przybity, baron Jakub powtarzał sobie te słowa: „Ileż bym dał, o, ileż bym dał za powrót do czasów ekscytacji i podbojów, do czasów, które przynosiły mi chwałę i uznanie w oczach wielu!”. To była jego mantra od lat. Mimo świetnych potyczek, które nieraz toczył w pobliskich okolicach, odczuwał pewien niedosyt. Niedosyt, który gasł każdego dnia, gdy znikąd nie widział promyków nadziei powrotu na wojenną ścieżkę…

Wtem coś jakby wyłoniło się z boru przed bramami Betonaurium. Wolno przesuwający się cień, który, choć niewidoczny, budził coraz większą pewność jego autentyczności. Dziwny to był widok, gdy pośród rozgaworzonego i bijącego blaskiem pochodni miasta, zjawiała się postać jakoby smutna i tajemnicza. Nie był to jednak chód wroga ani powiem indiańskiego grzmotu, nie był to również kupiec obsadzony klejnotami.

Postać zbliżała się. Pewnym krokiem zmierzała do obranego celu. Blask pochodni dopiero teraz ukazał jej kontury. Tak samo niepozorna, lecz dziwnie iskrząca się niezbadaną siłą życia. Życia, które wydawało się przeżyć już niejedną strzałę, mającą je zakończyć.

Baron podszedł wyżej na palisady, by ze zdumionym wzrokiem lepiej się przyjrzeć niecodziennemu zjawisku.

Wędrowiec w kapturze przeszedł przez most prowadzący do miejscowości, po czym zatrzymał się i przez chwilę rozglądał, jakby wyczekując znalezienia jakiegoś drogowskazu.

– Ahoj, Kamracie! A może by Ci tak do gospody naszej blisko było? Jadło, piwa kufel, miejsce posłane. Wszystko, czego by sobie Waszmość zażyczył! – krzyknął baron, lekko się kłaniając. Tajemniczy obieżyświat przez chwilę stał nieruchomo, po czym obrócił się połowicznie i skłonił głową.

Karczma pod Autkowym Kocykiem nie była często odwiedzaną. Niemniej serwowane tam atrakcje były znaczne, a sam baron był wielce pocieszony z faktu zakwaterowania się nowopoznanego gościa. Nie znał jednak jego imienia. Rysy na twarzy w świetle skrzącego się w kominku płomienia dziwnie go jednak niepokoiły, nie mogąc dać spokoju w tlącej się iskierką pamięci.

– Jakeż Twe imię, Tajemniczy Wędrowcze? – zapytał Kuba, siadając przy stole, zanióswszy trunku i sporą pajdę jadła. Wędrowiec obrócił się twarzą w jego stronę i zastanawiając się przez chwilę, uniósł w końcu kaptur i zrzuciwszy go rzekł:

– Jam jest Norbert. Sylwester Izydor z rodu Polaków.

– Nie, to niemożliwe…. – zakrzyknął półgłosem spiorunowany gospodarz.

Koniec części pierwszej 😉

One thought on “Piłka ugrzęzła w betonie, więc postanowiliśmy ją wykopać

Leave a Reply