Życie człowieka ma sens, gdy jednoczy je z Chrystusem, gdy pochyla się nad bohaterską Męką Jezusa

Jezus Chrystus jest naszym bohaterem. Ileż grzechów przecierpiał w ogrodzie Getsemani i w Swej Drodze Krzyżowej. I cierpi do dzisiaj, widząc, co wyprawiamy i o czym nie pamiętamy.

Kiedyś było inaczej… Byłem wychowywany w dużej mierze przez moje babcie – one poświęciły mi ogrom czasu, zaprowadzały przed Najświętszy Sakrament, w ich domach rozbrzmiewały modlitwy – czy to przez Radio Maryja czy samemu odmawiane. Babcia Bronia była zelatorką adoracji Najświętszego Sakramentu, ładnie, tak trochę dostojnie i jakby ludowo zarazem się ubierała, chyba w jakieś futra, ale nie były one jakieś błyszczące i szpanerskie. To był taki dobry, elegancki strój, a jednocześnie taki swojski. Do końca życia, jeśli dobrze pamiętam, miała również brązowe włosy, niefarbowane. Niesamowite… Dzisiaj sobie uświadamiam, że bił z niej jakiś niesamowity i tajemniczy majestat.

Nie byłem wówczas zbyt pobożny. Więcej, byłem poganizującym Katolikiem, nieraz też wyłączałem babci Radio. Pamiętam, jak raz, wyłączywszy je, włączyłem telewizor i tłumaczyłem, że oto nowy prezydent będzie miał przemówienie w Sejmie – to był Bronisław Komorowski z PO. Oj, babcia musiała mieć do mnie cierpliwość… Ale kochałem ją bardzo, a ona mnie. Miałem to szczęście, że przekazała i miłość i wzór do naśladowania w wierze katolickiej, takiej ludowej i w greckim kanonie piękna.

Jej śmierć była dla mnie szokiem. Cały świat mi się zawalił. Od tego czasu też ostatnie hamulce w rodzinie zaczęły puszczać. Nie było już autorytetu, wokół którego można było się gromadzić, kogoś, kto pilnował ogniska wiary w rodzinie, kogoś, kto dawał przykład, wobec kogo miało się szacunek i tym samym jakby narzucał ten szacunek pozostałym w relacjach pomiędzy nami. Kogoś, do kogo mógł przyjść każdy, gdyż nikt z seniorem rodu ,,nie miał kosy”.

Jednocześnie stało się coś niesamowitego. Po śmierci babci… można powiedzieć, że się nawróciłem. Zacząłem pogłębiać swą wiarę, stopniowo coraz bardziej odchodzić od pogaństwa i dążyć ku pokorze, doskonałości i Świętości. Nie będę już mówił, jakimi etapami to wszystko przebiegało, pozwolicie, że skrócę, choć to też bogata w Boże łaski historia, historia mego życia.

Panią Leokadię poznałem z kolei podczas jednego z wyjazdów do Warszawy – akurat był organizowany Marsz dla Intronizacji Jezusa Chrystusa Króla na Króla Polski. Po Mszy Świętej, na zakończenie Marszu, stanęliśmy jakby w kole, rozmawialiśmy i z małym wzruszeniem zaczęliśmy się żegnać. Wówczas pewna szalona babcia podbiegła/rzuciła się na mnie (dosłownie!) i uścisnęła. Byłem bardzo speszony. Potem spotkaliśmy się chyba na jednym z Kongresów dla Społecznego Panowania Chrystusa Króla, może to był Wrocław. Ale przed tym Kongresem chyba spotkałem pana Andrzeja Żmirka na Międzynarodowym Kongresie dla Społecznego Panowania Chrystusa Króla. Opowiadał mi też o tej pani, okazało się, że była mistyczką. Ci ludzie zaciekawili, wręcz zafascynowali – ubrani w czerwone płaszcze z białym krzyżem i orłem królewskim naszej Ojczyzny, odważnie wyznawali swą wiarę. Tak, byli rycerzami Chrystusa Króla. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć, jak można tak ich prześladować. Wiem, że też mają wady, ale kto z nas ich nie ma? Czy sami jesteśmy nieskalani i zawsze zdecydowanie bronimy wiary i ją głosimy? Zróbmy sobie rachunek sumienia, nie krytykujmy i działajmy odważnie, stanowczo i jasno opowiadajmy się po stronie Chrystusa.

O pani Leokadii pisałem już nieraz i opublikowałem nawet małą biografię na starym Isidorium. Jak już poprzerzucam artykuły na nowy szablon, to będzie i tu dostępna. Mógłbym o pani Leokadii pisać wiele, dlatego pozwolicie, że przejdę do tytułowych zagadnień.

Otóż pani Leokadia cierpiała duchowo, psychicznie i fizycznie. Fizycznie, gdyż miała różne choroby i ktoś ją oszukał finansowo, zaś dwie osoby z banku, które jej pomagały, zostały wyrzucone – Bogu dzięki, został ostatni młody mężczyzna, który pomagał aż do śmierci pani Leokadii. Psychicznie, gdyż nie znajdowała zrozumienia w rodzinie. Duchowo zaś, gdyż nieraz widziała Pana Jezusa, jak cierpi. Rozmawiała również z Matką Bożą, Święty Józef opiekował się nią, z Nieba dawano jej różne znaki, przychodziły do niej dusze czyśćcowe. Czasem potrafiła nawet wyczuć stan duszy człowieka, a nawet zadzwonić, jak coś złego się działo, mimo, że nie miała prawa o tym wiedzieć (przypadek z autopsji!). Często boleśnie przeżywała to, co dzieje się w kościołach i jak brakuje wiary tym, którzy stoją na czele, a nawet, że układają się z wrogami Kościoła. Równocześnie bardzo kochała kapłanów, a kapłani ją. Wiele osób ją kochało. Przychodziło do niej również wielu młodych. Jednocześnie jednak pamiętam, jak raz, jak wróciła z kościoła, była wzburzona tym, że wykorzystuje się młodzież, by robić ,,dyskoteki” ze Mszy Świętych. Mówiła: ,,diabły widziałam, czarni tacy…”. Zarazem w ślad za jednym z kapłanów młodzież wychowaną i pobożną nazywała ,,aniołeczkami” i gdy o tym mówiła, słodkość na jej twarzy przenikała słuchacza swymi promieniami.

Wspomniałem na przykłady tych dwóch osób, ich życia i słów, by pokazać Wam, jak bardzo i mnie boli to, co dziś jeszcze bardziej postępuje… To, co dzieje się w Kościele. Jak mało jest szanowany Pan Jezus, jak ludzie zwracają się ku sobie, lecz nie ku Bogu, jak nie mają z nim osobowej relacji lub nie przestrzegają Tradycji i tradycji – i tej kościelnej i tych ludowych, naturalnego, pobożnego podejścia, patrzenia na drobne sprawy codziennego życia oczami wiary. Jak dziś coraz częściej urządza się z Mszy Świętej dyskoteki z perkusją nawet, ekspresowe odprawianie tajemnic Bożej Miłości przez kapłanów, przychodzenie wiernych do kościoła jak stada baranów nie tylko nie przykładających się do skupienia, ale nawet nie chcących już słuchać, pochylić się. Gdy rozdaje się Komunię Świętą nie tylko na stojąco, ale i do rąk, zaś szafarze świeccy wyskakują jak bolidy z bocznych torów i swymi niekonsekrowanymi rękoma i to jeszcze z kursową legitymizacją, rozdają Najświętsze Ciało Pana naszego. Jak wreszcie Ci, którzy powinni kierować swymi owieczkami i umacniać wiarę, budować na fundamencie prawdy, wycofują i coraz bardziej dopuszczają do ,,uświatowienia” i ,,zeświecczenia” życia Kościoła i naszej wiary. Nie mówię tak o wszystkich. Każdy kapłan i hierarcha jest godzien szacunku, ze względu na to, że również jest człowiekiem jak my i ze względu na to, że jest wybranym i namaszczonym przez Boga królewskim sługą szafującym łaskami Pana, tak niezbędnymi nam do Zbawienia. Kapłani są kochani, gdyż podjęli się ogromnego krzyża, cierpienia, wyrzeczenia i samotności, by być z Bogiem sam nam sam i w podarowaniu swej posługi nam wszystkim, dzieciom jednego Ojca w Niebie.

Na brak powołań remedium nie jest powołanie świeckich, nie jest obniżanie norm moralnych i nie jest wycofanie się Kościoła ze sfery publicznej. Na brak powołań, remedium jest powrót do Tradycji, ludowości i wychowywania świeckich na rycerzy Miłości Jezusowej w dzisiejszym świecie. Tak, jak czynił to i do czego wzywał Sługa Boży Stefan kardynał Wyszyński.

W strasznym żyjemy czasie, gdy coraz mniej ludzi i również młodych, rozumie, czym jest rzeczywiście wiara i jej przeżywanie. Śmieją się oni z dawnych wyrazów, form, pobożnych obyczajów.

Drogą do radości nie jest tylko skakanie. Drogą do radości jest prawdziwe zjednoczenie się z cierpiącym Chrystusem i coraz głębsze poznawanie Jego nieskończonego miłosierdzia i wspaniałości. Jezus zmartwychwstał i wzywa nas nie jeszcze do zmartwychwstania ciał, które nastąpi, lecz do zmartwychwstania naszych serc, pamięci i umysłu na Jego, Boską wizję katolickiego boju. Boju, który dla szczęśliwych z Jego łaski zakończy się nagrodą w Królestwie Niebieskim i wspólnym radowaniem się w swej oczyszczonej duszy ze Świętych obcowaniem, z tymi, którzy wygrali swe życie, porzucając świat i umartwiając je dla Jezusa.

Módlmy się przeto, byśmy prawdziwie słuchali Ducha Świętego, byśmy zauważyli rzeczywistość taką, jaka jest, w jej pełnym wymiarze. Lecz by ją widzieć, trzeba mieć łaskę. Nikt z nas na nią nie zasługuje, również ja. Ale powinniśmy jak najwięcej prosić, by nasz Najlepszy Przyjaciel i Dobry Gospodarz udzielił nam jej w obfitości.

Idźmy wiernie za Miłością, która zwyciężyła ten świat! Idźmy wiernie, krok po kroku, w każdej sytuacji. A jeśli przyjdzie nam zginąć, jak Cristeros w Meksyku i Chrześcijanom w pierwszych wiekach, niech tak się stanie, jeśli taka wola Boża i jeżeli nasza ofiara jest niezbędna do nawrócenia innych, by również doznali tego błogiego spokoju w swych duszach i sumieniach i owej szczęśliwości będącej udziałem błogosławionych dzieci Jedynego Króla. Przy codziennym umieraniu, przy codziennym zbawiennym oczyszczaniu się doświadczanymi cierpieniami i gdy śmierć ziemska zawita przed naszymi oczyma, zawołajmy: ,,Viva Cristo Rey y Maria Immaculata de Guadalupe’!’.

One thought on “Życie człowieka ma sens, gdy jednoczy je z Chrystusem, gdy pochyla się nad bohaterską Męką Jezusa

  1. Piękny poruszający serce artykuł Norbercie Dane tez mi było poznać mistyczke Leokadie której towarzyszyło Niebo w rozeznaniu rzeczywistości w Kościele i stanu duszy człowieka którego spotykała na codzień i dusz czysscowych …niesamowite łaski Boze przez nią otrzymałam 🙏Anioł Panski …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ta strona wykorzystuje pliki cookies
W celu uniemożliwiania jej wykorzystywania tych danych wyłącz pliki cookies w opcjach swojej przeglądarki internetowej
Akceptuje